Forsztat. Rawa blues
Autor: Ana Miller
Beton lać! Na Lipnechta zebrali się inżynier Mrozowski [nazwisko zmienione – red.] i robotnicy. Przykryć hektolitry łez, krwi i potu asfaltem. Zagruntować! Danka patrzy ze zdumieniem, jak warszawiak w modnym garniturze wydaje werdykt na katowickie przedmieście – powieka mu nie drgnie. W tym sporze nie ma sędziego, w tym spektaklu nie ma widowni, są tylko świadkowie.
Tak właśnie jest: siarczysty poranek, w kuchni na byfyju stygną żur i kartofle. Danka trzyma kopertę.
– Nie otworzy pani? – pyta kurier.
Od miesięcy rozdaje mieszkańcom okolicy te same przesyłki, ta jest ostatnia. Ale Danka wygląda, jakby ugryzła cukierka z robakiem.
– To przydział na mieszkanie – odpowiada cicho. Głos jak gwóźdź staje w gardle.
Listonosz przypatruje się z niepokojem: może jest w szoku z tego szczęścia albo szalona.

Inny świat
Wyrok: skrzyżowanie Dąbrówki i Opolskiej – ROZBIÓRKA! Bezapelacyjnie.
Postępujący rozwój infrastruktury miasta rozpościerał pesymistyczne prognozy od dawien dawna, ale nikt nie spodziewał się, że pruskie bloki znikną z Forsztatu naprawdę, tak jak nie dopuszcza się czarnych myśli futurologów i proroków zapewniających o rychłym zmierzchu świata. Bo to „koniec świata” mógłby być jedynie równoległym określeniem, jakie nasuwało się autochtonom dzielnicy „Przedmieście”. Przez lata w samym centrum metropolii wytworzyło się coś na miarę odrębnego miasteczka, śląskiego Twin Peaks. Forsztat na zawsze wpisał się w dzielnicę, w indywiduum zamieszkane przez hanysów, cyganerię i emigrantów. Miks kulturowy ściśnięty w barakach. Nikt nie myślał o tym, żeby stąd uciec, bo i dokąd, bo i po co? Od zadawania pytań można co najwyżej zostać Sokratesem albo może rozboleć głowa.
Danka patrzy na mieszkanie, mieszkanie patrzy na Gliwicką. Em dwa z figurką Buddy potłuczoną od ciągłych tąpnięć. Przyzwyczaiła się. Korozje na ścianie zakryła tapetą, powiesiła obrazek. Urządziła według własnej koncepcji, w sypialni postawiła ściankę działową odgradzającą łazienkę, domontowała bojler. Jest jeszcze toaleta na półpiętrze z amarantowymi dywanikami i wodociek z brzuchatym żeliwnym zlewem. Jakiemu czortowi przeszkadzało, że latem jej czarny jak smoła pukiel włosów sterczał w oknie na półpiętrze? Jej łeb. – Mój łeb – powtarza. – Gdzie ja teraz go wystawię?
– Cześć Danka.
– Dzień dobry, pani Danuto – kłaniają się przechodnie. Niektórzy czekają na dole, aż Danka zejdzie z parzoną kawą i słonecznikiem.
– Zdróweczko?
– Zdróweczko! – i wyciąga małpkę.
Pójdzie jeszcze na pobliski bazarek tuż za supersamem, tuż za wielkim lumpeksem z dwoma piętrami. Kupi dziś więcej. Zna tu każde stanowisko, wie, gdzie sprzedają ruskie Marlboro, a gdzie leki z kończącą się ważnością. Zna każdą Kazię, Basię i Bożenkę, ale też Ryśka, pana Tadka i Marcina, co to jej przywozi węgiel.
Życie w rytmie bluesa
Idzie z Punią nad Rawę. To tu – wskazuje palcem na odlewnię ścieków – spędziła swoje życie. Kiedyś odlewnia ścieków nie była odlewnią ścieków, pływały tu ryby i ludzie kąpali się latem. Tyle się działo. Gdzie „to” podziewa się teraz? Istnieje chyba jakaś czasoprzestrzeń, gdzie odkształcają się wspomnienia jak odlewy w gipsie. Ona jest gipsem. Ma kształt siedzenia na trawie w upalne popołudnie i smaku oranżady, ale – jak to się mówi – jest po fakcie, czyli trudno, będzie trzeba iść dalej. Tylko dokąd, kiedy najlepsze już się wydarzyło?
Rok 1976
Danka stoi przy drzwiach. Ma na sobie groszkową sukienkę z kołnierzykiem i lakierki. – Co tu takie larmo? – pyta mama. – Uważej na kiecka, drugiej nie bydzie – peroruje.
Biją dzwony. Zaraz idą na mszę. Mają jeszcze chwilę, Danka pójdzie w kierunku trzepaka. Machnie na szybko fikołek, jeden, drugi trzeci. Zakręci jej się w głowie. Dół spódnicy przykryje jej głowę, ale nawet spod materiału dostrzeże Romka, siedmiolatka, przez którego nabawiła się palpitacji. Teraz mu pokaże, jak wykonuje fikołki, obrót i jeszcze jeden. Bum! Zgrzyt! Brzdęk! Przed oczami leży mleczne uzębienie.
Pogotowie, szwy i Romek z czekoladkami, które w końcu sam konsumuje. W zamian przynosi karalucha w pudełku po zapałkach. Szybko jednak ucieka, jak to karaluch, kiedy się go wystawi na światło dzienne. Karaluch, nie Romek. Romek zostaje. Najpierw jej mężem, a potem do dzisiaj.
Forsztat i cyganie to jak miasto i problemy z parkowaniem – nierozłączny tandem. Pieniądze, złoto, drogie samochody dopełnione enigmatycznym językiem. Dziołchy wzdychające do „scyganoconych” Latynosów i Greków rodem z zagranicznych pism. Wyobrażają sobie, że przybywają z ciepłych krajów i każdy z nich przyjechał porwać je do komnaty wykładanej złotem, gdzie przez cały dzień można leżeć i pachnieć, a porządki robią się same jak w „Vougue”. Ale marzenia o „Vougue” zastępuje wołga, czarna. Zapachniało niepewnością i lękiem, bano się wychodzić z domu.
Na szczęście ojciec kupuje telewizor i teraz ogląda „Cobrę”, a w niedzielę „Teleranek”, a jeżeli nic nie leci – a nie leci nic bardzo często – znowu czeka na „Cobrę”. Dostaje też kasetę Modern Talking. Odsłuchuje i spisuje angielskie teksty na kartce. „Brader lułi, lułi,lułi, oł szisolli luuking mi” – nie za bardzo wie, co to znaczy, ale zna na pamięć. Podkrada bratu longplaya Beatelsów i sprzedaje w opłacalnej cenie. Kupuje rajstopy, idzie sobie ufarbować włosy à la Debbie Harry, w domu wybucha larmo, wieczorem notuje w pamiętniku: Rysiek wygląda zabawnie, kiedy się złości, penetrując mieszkanie w poszukiwaniu kawałka plastiku.
Praca w hucie Baildon
Pracuje w Baildonie albo rozlewni mleka, jak wszyscy. Ma szesnaście lat, kiedy ojciec wysyła ją do roboty. W domu się nie przelewa, a ona jest najstarsza. W kaloszach i rajstopach malowanych na skórze kredką do brwi wykonuje robotę dla solidnego chłopa. Pali sobie nogi, ale nigdy nie narzeka, bo tego akurat nie lubi. Nosi się z optymizmem jak sztandar, jest nieświadomą prekursorką pozytywnego myślenia lat 80.
Życie jako niekończąca się podróż prowadząca do domu
Danka wychodzi przed blok, siada w ogródku niewidocznym z ulicy. Ciepło, można grzać się na słońcu, rozprostować nogi. Rozgląda się po odpadających draperiach, zdewastowanych pustostanach. Wraz z przesiedlaniem mieszkańców zaczęło uchodzić stąd życie. Teraz balon napompowany ludzkimi westchnieniami leży bezwładnie jak flak. Czy opłaca jej się cierpieć? Wracać w nostalgicznym odruchu do miejsca wyłożonego marzeniami? Marzeniami o lepszym, którego doczekała się po jesieni życia. Los zawsze płata figle. Jest już bardzo dorosła, nie ma nawet przed kim buntować się i przed czym. Koleją rzeczy jest przemijanie. Bloki na Grunwaldzkiej narodziły się pod koniec XIX wieku, nie ona je zbudowała, nie należą do niej. Mogła patrzeć, jak rozkwitają w pewnym okresie i jak odchodzą do lamusa. A teraz znikną całkowicie. Będą przejeżdżać po nich tabuny samochodów, nikt nie pomyśli nawet, że tu nad rzeką Rawą było takie miejsce…
„Zalenzer Vorstadt otaczała legenda najstarszych familoków w mieście. Stały się skansenem i żywą pamiątką przeszłości”.
*Fragment pochodzi z artykułu Henryka Szczepańskiego „Koniec Załęskiego Przedmieścia”.