Szewska pasja
Autor: Weronika Migdał
Początek XX wieku
W Sosnowcu, który w 1902 dostał z nadania cara Mikołaja II prawa miejskie, rozwija się sfera usługowa. Z ulic dobiega gwar kupców zachęcających do nabycia towarów: – Tylko u mnie najświeższe bułeczki, zapraszam, zapraszam serdecznie! – Są też nienachalne reklamy w formie plakatów, na których można przeczytać: „Wir, dawniej towarzystwo zrzeszonych aptekarzy Zagłębia Dąbrowskiego dla wyrobu sztucznych wód mineralnych, poleca: wody lecznicze, sztuczne, stołowe, owocowe” albo „Grafochemia, Antoni Szynkowski. Sosnowiec, ulica Wiejska 8. Kliszarnia i rysownia, klisze drukarskie, kreskowe i siatkowe dla druków jedno- i wielobarwnych. Na cynku, miedzi i mosiądzu, klisze do tłoczenia itd. Projekty i rysunki wszelkiego rodzaju. Retusz amerykańskich fotografii. Obsługa fachowa, ceny niskie. Porady fachowe – bezpłatnie”. Wszystkie reklamy brzmią profesjonalnie i solidnie.
Koniec XX wieku
Rok 1991. Pan Andrzej Raban postanowił otworzyć zakład w mieście, w którym mieszkała jego żona. Mówili, że to miasto pałaców, muzyków i przemysłowców. Był szewcem już od dłuższego czasu, mężem od paru lat. Do tej pory jednak mieszkał z dala od żony, pracując w modelarni butów w Katowicach. Później w Będzinie, jako majster w zakładzie „Zgoda”. Dość miał rozłąki i pracy wciąż w innych miastach. Tęsknił do stałości. Czuł się już na siłach, by rozpocząć własną działalność.
Miał spore doświadczenie. Kształcił się już od lat młodzieńczych w szkole techniczno-modelarskiej. Pracował jako modelarz w zakładach obuwniczych „Radoskór” w Radomiu. Nawet w wojsku uniknął powszechnej służby, gdyż było zapotrzebowanie na szewca wojskowego. Nabrał tam doświadczenia w szyciu mocnych butów militarnych. Próbował swoich sił nawet jako samodzielny producent obuwia w spółce z bratem żony. Produkowali buty i rozwozili je po targach. Jednak okazało się, że spółka przynosiła więcej strat niż zysków.
Żona mieszkała w Sosnowcu przy ulicy Modrzejowskiej, która rozciąga się od Placu Stulecia aż do zbiegu ul. Stanisława Małachowskiego, ul. Ostrogórskiej, ul. 1 Maja i ul. Sienkiewicza. Okoliczności sprzyjały. Zwolniło się pomieszczenie gospodarcze na placu przed kamienicą, w której mieszkała żona pana Andrzeja. Pomyśleli, że to idealna okazja do tego, by zamieszkać razem i otworzyć własną działalność. Miasto w tym czasie przechodziło nieco burzliwy okres. Bunt więźniów w areszcie śledczym Radocha był na ustach wszystkich pań załatwiających sprawunki na targach i w prywatnych sklepikach. Więźniowie domagali się poprawy warunków bytu. Upadła spółdzielnia Inwalidów Niewidomych Promet, co pociągnęło za sobą wiele zwolnień. Zaczęły upadać kopalnie, m.in. Ruch II Juliusz, część kopalni Kazimierz Juliusz włączonej do katowickiego holdingu węglowego. Miasto rozwijało się artystycznie pomimo potknięć gospodarczych.
Muzeum miejskie otrzymało I miejsce w konkursie na najciekawsze wydarzenie muzealne w 1992 roku. Rozwijał się Teatr Zagłębia, a 15 lipca hucznie obchodzono setne urodziny mieszkanki miasta, Anny Czapli. Pan Andrzej Raban zaczął realizować swój plan. Wszystkim zajmował się sam. Wynajął niewielkie pomieszczenie i zaczął roznosić własnoręcznie wykonane ulotki, by w jakikolwiek sposób zakomunikować, że właśnie otwarto nowy zakład szewski. Żadnym utrudnieniem nie okazało się usytuowanie warsztatu w bramie zamiast przy głównej ulicy. Pierwsi klienci pojawili się już w dniu otwarcia. Sprawnie działała poczta pantoflowa. Zaczęła się dobra passa dla pana Andrzeja.
Na początku zatrudniał jedną osobę, później dwie. Szybko rozniosła się wieść, że ma solidny zakład i zawsze coś zaradzi. Ludzie dbali o buty i przychodzili z każdą małą usterką. Wymiana cholewek, podeszew, podpodeszew, zamków, łatanie i sklejanie. Rozszerzanie i zmniejszanie butów. Ludzie nie chcieli nowego obuwia. Woleli naprawiać już to sprawdzone. Zakład był czynny pięć dni w tygodniu. Bez niedziel i poniedziałków. Istniała bowiem reguła „szewskich poniedziałków”.
Wszyscy szefowie zakładów jechali wtedy po materiały do hurtowni. Pan Andrzej też. Zakład był zamknięty, bo mało który szewc pozwolił sobie zostawić swój interes pod opieką inną niż własna. Szewcy wszystkiego muszą dopilnować sami. Materiałów też. A pilnują ich bardzo długo i porządnie. Gdy już wybiorą materiały dla siebie, rozkręca się dyskusja o fachowych sztuczkach, specyfice materiałów i wielu innych niesamowicie ważnych kwestiach. Dyskutują więc… do późna… przy kieliszkach trunku odpowiedniego dla szewców. Potem już niestety nie są w stanie wrócić do zakładu. Ale mogą mieć chociaż tę pewność, że i do konkurencji klienci nie uciekną.
Pan Andrzej wykształcił w swoim zakładzie łącznie osiem osób. Każdą solidnie – jakby miała pracować tylko dla niego. Dwie z nich pracują nadal w zawodzie. Kto do niego przyszedł, nie pozostawał bez cennych wskazówek. Pani Wiesia doglądała męża, by za bardzo się nie przepracowywał, przynosiła obiady i obserwowała jego pracę. Przy okazji plotkowała z klientami. Czasu było sporo, a mąż pracował blisko.
Początek XXI wieku
Rok 2012. Z ulic zniknęła większość prywatnych sklepików. Nie słychać też nawoływań zachęcających do kupna towarów. Jednak najstarszy zakład szewski na sosnowieckim deptaku zachował swoje tradycje. Zmienił tylko lokal, na sąsiedni przy tym samym placu. Można teraz tam trafić, idąc aleją od strony kina, mijając aptekę i skręcając w drugą bramę po prawej stronie. Nie widać na nim piętna nowoczesności. Prowadzą do niego stare drzwi z przeszkloną szybą.
Zakład składa się z dwóch niewielkich pomieszczeń. Wchodząc, na wprost widzimy biurko ze starą maszyną do rozciągania butów. Przed nią krzesło z wysiedzianą poduszką, na której można położyć swoje rzeczy. Po prawej z futryny zostały wymontowane drzwi, a w ich miejsce wstawiono biurko odgradzające od reszty drugiego pomieszczenia. Pełni na co dzień rolę lady. Za nim widać półkę pełną butów z przyklejonymi na podeszwach kartkami z nazwiskami klientów.
W głębi pracownia, której oko klienta nie jest w stanie dojrzeć. Pomieszczenie jest na tyle małe, że wchodząc, stajemy od razu między biurkiem-ladą a starą maszyną do rozciągania butów. W porównaniu z wnętrzami eleganckich sklepów obuwniczych to miejsce wydaje się dość ascetyczne. W powietrzu unosi się zapach skóry i pasty do butów. Zmieniła się tylko jedna rzecz. Teraz zakład nie jest już formalnie własnością pana Andrzeja, lecz pani Wiesławy.
Dzieci podrosły i poszły do szkoły. Kobieta miała coraz więcej czasu. Zaczęła pomagać mężowi. Przychodziła i garnęła się do pracy. Podpatrywała, co robi mąż, i stopniowo przyswajała coraz więcej czynności. Początkowo bywały momenty, gdy nie miała pojęcia, jak się za co zabrać, lecz nie minęło parę dni, a już podklejała podeszwy, podszywała zamki. Zleceń było dużo, więc było to panu Andrzejowi na rękę, zwłaszcza że nie miał wtedy pracowników do pomocy. Praca zaczęła iść szybciej. Przyszedł moment kryzysu. Pan Andrzej złamał rękę. Nie był w stanie prowadzić zakładu. Zdanie, które usłyszał od swojej żony rozbawiło go, ale i upewniło, że może liczyć na nią w każdej sytuacji. – Konia w cyrku tańczyć nauczą, a ja się szyć butów nie nauczę? – powiedziała wtedy.
Po krótkim czasie pani Wiesława była w stanie wykonać wszystkie prace, które do tej pory wykonywał tylko mąż. Stała się z nim równa techniką. Klienci przychodzący od początku istnienia zakładu bardzo sobie chwalą kobietę szewca. Za jej dosadność i konkretność. Przebywając wciąż głównie w towarzystwie mężczyzn, musiała stać się profesjonalistką, by nikt nie wątpił w jej umiejętności. A że oprócz naprawy butów przy okazji rozmawia i doradza klientom? Solidności to nie ujmuje. Krząta się po małej pracowni w poszukiwaniu butów, nożyczek. Czuje się pewnie, bo jest u siebie. Po zakładzie wciąż chodzi w kapciach, które zrobił dla niej mąż.
Kiedyś szewców było mnóstwo, dzisiaj niewiele osób wierzy w powodzenie tej profesji. W Sosnowcu z dawnych zakładów zostały tylko dwa. Jeden z nich należy właśnie do państwa Rabanów. Cena naprawy butów przewyższa dwukrotnie kupno nowych w hipermarkecie. Państwo Rabanowie nie zamierzają jednak przekwalifikować się na potrzeby rynku. Wolą swoją profesję. Przygarniali do siebie klientów przez lata. Tylko pani Wiesława ma przykrą przypadłość. Potrafi zrobić cuda z butami nie do odratowania, a nie jest w stanie przyszyć guzika u koszuli męża. Co doprowadza nieszczęśnika do szewskiej pasji.